Etykiety

brodatamuzyka Olsztyn koncert album muzyka wydarzenie koncerty Dave Matthews Band impreza płyta miasto wspomnienia Andergrant piosenka DMB Klub Amnezja Nowy Andergrant wydarzenia blog rock weekend 10 pytań Dave Matthews TBT broda recenzja sobota instagram odliczanie piosenki płyty utwór alternative utwory Gdańsk Halfway Festival Klub OIOM Nextpop albumy folk setlista BOKKA Bydgoszcz CD Everyday Green Festival Qźnia Rebeka We Draw A album od środka festiwal historia jazz opening set unboxing youtube Big Whiskey And The GrooGrux King Further Away Kamp! Kari Mikromusic Patrick the Pan Sarmata Pub Warszawa czwartek party podsumowanie przegląd studio wycieczka Białystok Daniel Bloom EP Fismoll Giżycko Henry David's Gun Kari Amirian Leski Oly. Oxford Drama Steve Lillywhite The Cinematic Orchestra The Lillywhite Sessions Tim Reynolds Ukiel funk singer songwriter soundcloud wywiad Ania Dąbrowska Arte Baasch Berlin Bracia Soprano Brennnessel Busted Stuff DFP DJ Dimitri From Paris Glen Ballard Glen Hansard Kortez Kętrzyn Lao Che Leroi Moore Life on Stage Magia Milky Wishlake Moose The Tramp Ostróda Pan Trup Pink Floyd Polska Sigur Ros Smolik Spare Bricks The Dumplings Tides From Nebula ambient amfiteatr blues chillout disco electro indie nu-jazz pop punk rocznica synthpop 150 18 Steps 2005 2015 Amsterdam Anita Lipnicka AppleMint Art of Illusion At Glade Aurelia Luśnia Austria Away From The World B90 BOHURT Before These Crowded Streets Bezsensu Blaze Bayley Borówka Box of Feathers CeZik Christopher McCandless Corruption Crash Curly Heads Dawid Podsiadło Depeche Mode Dublin Eddie Vedder Elbląg Enej Ergo Arena Etna Kontrabande Ewa Eyewash Fade Out Fink Fisz Emade Francja Fryderyki GEDZ Gosia Dryjańska Hitano Holandia Home Ibiza Indonezja Into the Wild Irlandia Islandia Izrael Jakub Bugała Jarre Jean Michel Jarre Jeff Coffin Jonasz i Kevin Julia Marcell Julia Vikman Band Justin Timberlake Justyna Święs Kev Fox King Klub Parlament Koffin Kats Kolonia Kortowiada Kortowo Kozak System Kraków Krzta Krzysztof Zalewski Kuba Karaś Labai Laura Palmer Cover Story Lighthouse Little White Lies Live Trax Low Roar Lublin Ma Fleur Madonna Makowiecki Marcin Mrówka Maria Peszek Mariusz Antas Markéta Irglová Mary Komasa Mazury Mesajah Messa Michał Głos Mick Jagger Moizm Moriah Woods My Different Side Naju Natalia Przybysz Negură Bunget Niemcy Nirvana Northern Plague Nowa Lubelska Muzyka Nu-Nation OGF OLA Obscure Sphinx Olafur Arnalds Olsztyńskie Lato Artystyczne Once Original Boardwalk Style Ost Front Ostrów Wielkopolski PJ20 Panzer Park Sowińskiego Paryż Paul McCartney Pearl Jam Peter J. Birch Phish Po Godzinach Portugalia Przestrzeń Wolności Ptak Rafał Gorzycki Trio Rashawn Ross Rasmentalism Remedium Revolver Rock Cafe Riverside Robert Amirian Robert Kasprzycki Rolling Rysy SOM BRASIL SOR Samograj Sasha Boole Sean Penn Sharon Van Etten The Antlers She Keeps Bees Sister Wood Skubas Solidarność Stand Up Stephen Harris Sticky Fingers Stones Sublim Summerends Sztokholm Szwecja TAU TCO TEDE TFN Taco Hemingway Tatarak Music Festival The Beatles The Doctors The Prodigy The Swell Season The Winds Tom Morello Tomasz Stańko Trey Anastasio Trey Anastasio Band U2 Voo Voo Warmia Wicled Heads Wiedeń William Fitzsimmons Wounds and Bruises XXANAXX Zielona Góra Zoe bandcamp bilety bogowie boiler room britpop chill czerwiec downtempo facebook film fusion impreza miasto jam kawa klawisze klubogaleria król lato lounge mechanicy shanty mixtape moments nic pasja playlista plaża miejska początek postrock powstanie warszawskie psychodelia rok shanty sierpień singiel soundtrack stocznia suplement szanty triphop urodziny wszystko wyjazdy Łydka Grubasa

piątek, 1 lipca 2016

Wywiad: Henry David's Gun



"Wspaniałą częścią bycia muzykiem jest to, 
że spotykasz wielu różnych ludzi."


Po pierwszym w historii występie w Giżycku o kulisach koncertowania oraz o procesie twórczym rozmawiałem z członkami  zespołu Henry David's Gun.

Brodata Muzyka: Do końca wiosennej trasy pozostały Wam trzy koncerty i wracacie do grania na żywo dopiero we wrześniu. Jakie macie plany wakacyjne?

Wawrzyniec Dąbrowski: Rozjeżdżamy się i każdy oddzielnie spędza lato. Koncertowaliśmy w tym roku bardzo intensywnie i przyda nam się chwila oddechu. Co do planów stricte zespołowych: w sierpniu wracamy do prac nad nową płytą.

BM: Jak powstają Wasze utwory? Dziś usłyszeliśmy dwa niepublikowane dotąd kawałki (Ponytail i Black Disease), oba zupełnie od siebie różne. Czy podczas pisania tekstów inspirujesz się np. książką, filmem lub sytuacjami prosto z życia, czy działa to raczej na zasadzie „dziś skupię się na tym i na tym”?

WD: Inspiracje dotyczące tekstów są zlepkiem wielu dziedzin, chociażby wspomnianych przez Ciebie filmów czy książek, ale także różnych rozmów pokoncertowych. Wspaniałą częścią bycia muzykiem jest to, że spotykasz wielu różnych ludzi. Zapewne nie poznałbyś ich wykonując „standardową” pracę. W trasie zaś ciągle spotykasz kogoś innego i słyszysz mnóstwo ciekawych historii, które mniej lub bardziej zapadają w pamięć. Nie jest natomiast tak, że dane teksty są zainspirowane jedną konkretną rozmową – najczęściej są wypadkową wielu dyskusji i przemyśleń.

BM: Zatem tak powstają teksty, a jak jest z pozostałą częścią utworu? Czy pracujecie tak, że do gotowych już słów komponujecie muzykę, a może zupełnie odwrotnie?

Maciej Rozwadowski: Najczęściej jest tak, że Wawrzyniec dostarcza jakiś nagrany motyw, wtedy zasiadamy do instrumentów i myślimy kompozycyjnie szukając kierunku, w którym moglibyśmy pójść. Czasem mamy do czynienia z motywem zagranym na różne sposoby, więc jest o tyle ciekawiej, że możemy popuścić wodze fantazji, powolutku w nich dłubiąc i rzeźbiąc. Z racji tego, że nigdy nie wiemy jak ostatecznie wybrzmi dana kompozycja, teksty pojawiają się dopiero po warstwie muzycznej, bo raczej ciężko jest dopasować weselszy tekst do klimatów, które prezentujemy, czyli w 90 procentach „na smutno” (śmiech).


BM: Czy podczas pracy w studio dochodzi do różnicy zdań odnośnie kierunku, w którym podąża zespół?

Michał Sewioło: Na pewno nie na tyle, by nazwać to kłótnią. Ale na pewno czasem się ścieramy, jednak są to bardzo konstruktywne starcia, dające w efekcie wiele nowych pomysłów na zrobienie utworu. Na przykład zagrany dziś Ponytail, który znajdzie się na nowej płycie, miał mieć inną formę, miał być zagrany bez pianina, a na drodze różnych dyskusji wyszło zupełnie inaczej.

MR: Jeden z moich polskich idoli perkusyjnych powiedział kiedyś, że możemy sobie „nawtykać” w studio i podczas pracy nad nową muzyką, jeśli to przyniesie jakiś konstrukcyjny finał. Natomiast inne kłótnie są zupełnie zbędne. Tego się trzymamy.

BM: Ile macie już zarejestrowanego nowego materiału? Ile jest nadal w formie szkiców?

WD: Zarejestrowanego nie mamy jeszcze niczego, będziemy nad tym pracować w sierpniu, ale około 70 procent materiału istnieje już w fazie końcowej. Do studio wejdziemy więc zarówno z gotowymi, jak i z nowymi pomysłami, aczkolwiek nocne sesje nagraniowe wyzwalają w nas często kreatywność.

BM: Piszesz czasem podczas trasy?

WD: Najczęściej jest tak, że po prostu nie mam na to czasu. Przygotowanie koncertu rozpoczyna się na kilka godzin przed, a potem mamy dosłownie moment na odpoczynek i wychodzimy na scenę. Po występie łapiemy chwilę oddechu, prowadzimy rozmowy, a potem zwijamy sprzęt i do spania.

BM: Agencja Borówka Music słynie z organizowania długich tras koncertowych, zahaczając przy tym o niewielkie miejscowości. Z jednej strony gracie w miejscach totalnie nieznanych, z drugiej docieracie do nich ze swoją twórczością i odkrywacie kolejne punkty na mapie kraju. Co sądzicie o takiej formie koncertowania?

MS: Według mnie jest to absolutna podstawa naszego funkcjonowania, taka różnorodność jest dużą zaletą. Graliśmy kiedyś dwa koncerty pod rząd na Pomorzu. Pierwszy z nich – dla szerokiej publiczności w Operze Leśnej w Sopocie, a drugi – następnego dnia - zagraliśmy w Tczewie na tzw. house gigu, czyli u kogoś w mieszkaniu. To były dwa zupełnie różne koncerty i doświadczenia. Ta różnorodność była dla nas atutem, a nie zaprzeczeniem fajnej i ciekawej trasy.

BM: I pomaga chyba zwalczyć pewną rutynę? Myślę, że każda, nawet najlepsza praca, jeśli jest powtarzalna, szybko się nudzi, a sytuacje, które wspominacie są dowodem na to, że Wam to raczej nie grozi.

WD: Tak jak wspomniałeś - odkrywamy nieznane dotąd miejsca na mapie Polski, często niezwykle zaskakujące. Jednym z takich miejsc są położone niedaleko Giżycka Wydminy. Kiedy jechaliśmy tam po raz pierwszy i szukaliśmy naszego klubu nic nie zapowiadało czegoś wyjątkowego, a zostaliśmy zaskoczeni wspaniałym miejscem, przygotowanym z niezwykła dbałością o szczegóły. Zagraliśmy tam jeden z najfajniejszych koncertów. Ostatnio zaś byliśmy w Kochłowach, o których wcześniej nie słyszeliśmy i nie wiedzieliśmy, gdzie są położone, a na miejscu okazało się, że przywitało nas kilkadziesiąt osób i wieczór był pełen emocji. Teraz czekają na nas Sołtysy, stara stodoła w gospodarstwie agroturystycznym i znów: wszyscy o niej wiedzą i pojawią się na koncercie. Jednym słowem: co koncert, to nowe przygody, zaskoczenie i kolejny temat do opowieści.


BM: Jesienią wracacie na trasę w towarzystwie innych artystów ze stajni Borówka Music. Gracie z Sashą Boole, Teddym Jr. oraz Lasse Matthiessenem. Opowiedzcie o nich kilka słów.

MR: Sasha Boole to ukraiński ewenement, połączenie barda z biesiadnikiem w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Człowiek Wschodu, podobnie jak ja, bo pochodzę ze starego województwa bielsko-podlaskiego, więc jest między nami pewna nic porozumienia. Oprócz tego, że genialnie gra, urzekają mnie jego historie opowiadane w trzech językach i mimo, że znam je na pamięć, często czekam aż skończy grać i zacznie snuć kolejną, zapadającą w pamięć opowieść.

MS: Lasse Matthiessen to duński singer-songwriter. Niedawno graliśmy razem w Miliczu w nie do końca zadaszonym amfiteatrze. Podczas koncertu zaczął padać deszcz, więc musieliśmy szybko ewakuować sprzęt ze sceny, natomiast Lasse nie przerwał występu, tylko zszedł do publiczności i zupełnie bez nagłośnienia zaczął grać swoje piosenki. Stworzyło to fajną, intymną i kameralną atmosferę i w takich warunkach najbardziej polecam oglądać jego koncerty.

WD: Opowiem pokrótce o każdym z nich. Sasha to definicja one-man show osadzonego w bardowskim klimacie, Lasse Matthiessen posiada wspaniały głos i emocjonalnie jest zbliżony do Henry David's Gun, a Teddy'ego Jr. cenię za 100% autentyczności i szczerości oraz bycie sobą.

BM: Czy jest szansa, że usłyszymy któregoś z panów na nowej płycie?

WD: Myślimy nad tym. Nie podjęliśmy jeszcze żadnej konkretnej decyzji, ale na pewno byłoby to ciekawym doświadczeniem.

MR: W grę wchodzą natomiast sceniczne kooperacje. Jakiś czas temu tuż przed wyjściem na scenę Teddy wyszedł z propozycją zaprezentowania wspólnie jednego coveru. Podłapaliśmy ten pomysł i właściwie bez przygotowania, idąc na żywioł zagraliśmy ten numer. Fajne jest to, że poznaliśmy się już na tyle, że możemy, paradoksalnie, spodziewać się tak niespodziewanych akcji.

BM: Czyli koncertowa proza życia i brak przewidywalności, słowem Henry David's Gun w pełnej krasie. Dziękuję za rozmowę!

środa, 8 czerwca 2016

10 pytań do... #10

Ich wydany z początkiem roku album Over The Fence... and far away wylądował wysoko w moim rankingu ulubionych płyt i jest stałym elementem mego codziennego soundtracku. Zespół brzmi niczym połączenie kompozycji Nicka Cave'a i Bon Iver, a jego twórczość obraca się wokół starych  opowieści, historii rodem z miejskiej dżungli czy ścieżki dźwiękowej z... kina drogi. W piątek 10 czerwca wystąpią w moim rodzinnym Giżycku i będzie to dla mnie idealna okazja, by w końcu, po kilkumiesięcznym oczekiwaniu, ujrzeć ich na żywo. 
Panie i Panowie: na szybkich 10 pytań odpowiedział Wawrzyniec Dąbrowski z Henry David's Gun. Zapraszam do lektury :)



1. Mój ulubiony film to.....to na pewno nie jeden film :) Ale gdyby miał być jeden to zapewne byłby wypadkową: Między słowami, Podziemnego kręgu, Co gryzie Gilberta Grape'a, Grand Budapest Hotel, Źródła i... jeszcze paru :)

2. Mój ulubiony utwór muzyczny to...

Dzisiaj? :) Simple Song autorstwa Nilsa Landgrena & Esbjorna Svensona.

3. Mój ulubiony artysta to...
Dzisiaj? :) The Tallest Man On Earth.

4. Moje ulubione zajęcie to...
Rąbanie drewna? :)

5. Moje muzyczne marzenie to...

Nauczyć się grać na puzonie!

6. Chciałbym wystąpić z...
Agnes Obel

7. Chciałbym wystąpić w...
Sztuce teatralnej ale... boję się, że nie zapamiętałbym całej kwestii ;)

8. Gdybym mógł, cofnąłbym się w czasie do... 

Końca XIX wieku. Pogadałbym sobie chętnie z Tołstojem podczas koszenia trawy :)

9. Przez jeden dzień chciałbym... 

Móc oglądać się oczyma innych osób.

10. Podziwiam...

Mojego psa za to ile ma dziś energii :)



Po czterech czerwcowych występach Henry David's Gun wróci do koncertowania we wrześniu, a wystąpią z nim również Sasha Boole, Teddy Jr., Please The Trees i Lasse Matthiessen. Daty poniżej:

10.06 – Giżycko – Caffe Crema
11.06 – Łódź – Songwriters Festival – Borówka Music Showcase
12.06 – Głubczyce – Rynek (przed ratuszem) – Borówka Music Festival + Sasha Boole (Ukraina) i Teddy Jr (Holandia)
13.06 – Sołtysy (miedzy Praszką a Wieluniem) – koncert w stodole – Agroturystyka Na Skraju Czasu

03.09 – Gdańsk – Soundrive Festival + Teddy Jr
04.09 – Elbląg – Mjazzga
10.09 – Smoszewo – Zakroczyn – Sala Koncertowa (Hotel Smoszewski)
21.09 – TBA
22.09 – Wrocław – Firlej – Asymmetry Festival + Please The Trees i Lasse Matthiessen (Borówka Music showcase)
23.09 – Lubliniec – Klub Kleks
24.09 – Sieradz – ProRock
25.09 – Łódź – Żarty Żartam
30.09 – Radzyń Podlaski – Kofi & T
01.10 – Pińczów – Borówka Music Festival + Sasha Boole i Teddy Jr
02.10 – Rzeszów – Underground

niedziela, 22 maja 2016

Dlaczego koniec czerwca spędzam w Białymstoku czyli Halfway Festival 2016.

Mat. organizatora

Ależ ten czas leci! Jeszcze niedawno tegoroczna edycja Halfway Festival była dla mnie czymś, co wydarzy się za pół roku, a tu nagle do imprezy został ledwie miesiąc. Zgodnie z tradycją festiwal startuje w ostatni piątek czerwca, co oznacza również ostatni dzień roku szkolnego i rozpoczęcie wakacji. Jak dla mnie - jest to idealne połączenie, tym bardziej, że do dnia dzisiejszego Halfway to najlepszy festiwal, na jakim miałem przyjemność gościć.

Kiedy rok temu planowałem wyjazd na Halfway skupiłem się głównie na artystach, gdyż ubiegłoroczny lineup był jednym z najatrakcyjniejszych zestawów muzyków, jakich miałem przyjemność zobaczyć, posłuchać i spotkać na żywo. Tym razem podszedłem do planowania festiwalu zupełnie z innej strony...

Jadę w ciemno!

Oczywiście nie do końca, bo znana jest mi twórczość Julii Marcell czy Wilco, a o uszy obił mi się Coldair czy Odd Hugo, jednak podjąłem decyzję, że nie będę - wzorem ubiegłego roku - odsłuchiwał całkowitych dyskografii wszystkich muzyków i przygotowywał się do ich koncertów, a po prostu wchłonę całym sobą wszystkie dźwięki i obrazy i pozwolę, by same znalazły sobie miejsce w mojej głowie i sercu. Czysta tablica, w równym stopniu czekająca na uzupełnienie przez każdego artystę. Zresztą - jest to zgodne z samą ideą festiwalu, którego organizatorzy podkreślają, że na Halfway'u każdy z muzyków, ba! także publiczność jest headlinerem, co nie jest jedynie chwytem marketingowym, bo wystarczy poobserwować przez pewien czas to, co dzieje się w Amfiteatrze Opery i Filharmonii Podlaskiej, aby przekonać się, że to prawda. Widok artystów wypoczywających na leżakach czy podziwiających koncerty siedząc wśród publiczności jest czymś zupełnie normalnym. Poza tym: rok temu zostałem totalnie zaskoczony przez ekipę z wileńskiego Garbanotas Bosistas, teraz chcę przeżyć takich zaskoczeń jak najwięcej, tym bardziej, że w tym roku festiwal odszedł nieco od singer-songwriterskich tonów i skręcił odrobinę w stronę muzyki alternatywnej.

Garbanotas Bosistas

Co jeszcze ma takiego w sobie Halfway Festival, że decyzję o uczestnictwie w edycji 2016 podjąłem jeszcze w trakcie poprzedniej imprezy? Powiem krótko: klimat. Dosłownie i w przenośni. Odnoszę wrażenie, że podlaskie powietrze jest niezwykle orzeźwiające, a jednocześnie niezwykle przyjemnie otula, nie dając na to monopolu wyłącznie dźwiękom płynącym ze sceny. Ponadto sam amfiteatr jest tak intymnym i kameralnym miejscem, że trzeciego dnia imprezy znałem z widzenia większość uczestników festiwalu, nie wspominając o nawiązaniu wielu znajomości. Rozglądając się wokół siebie widziałem dosłownie kilkaset osób, które doskonale wiedziały, po co przyjechały do Białegostoku. One nie były tam przypadkiem, one przyjechały, by poczuć Magię tego miejsca i imprezy.

Oly.

Halfway Festival to również wydarzenia towarzyszące na czele z projektem Nordic Wind, którego celem jest przybliżenie kultury i sztuki krajów nordyckich. Tym razem będzie to spotkanie z autorami książki 81:1. Opowieści z Wysp Owczych, czyli Marcinem Michalskim i Maciejem Wasielewskim, wystawa zdjęć Ilony Wiśniewskiej i premiera jej książki Hen oraz wystawa ISHAVSBARN | Dzieci zimnego morza autorstwa Birgera Amundsena, który będzie obecny na wernisażu. Dla fanów zimnej Północy będzie to nie lada gratka! Muzycznymi przedstawicielami Nordic Wind będą Mammút, Ane Brun i Eivør.

Warto zwrócić również uwagę na fakt, że dla wielu z artystów goszczących na tegorocznej edycji Halfway'a będzie to pierwszy występ w Polsce, inni natomiast planują wkrótce zakończyć karierę, więc może być to ostatnia szansa, by usłyszeć ich na żywo. A jak prezentuje się cały lineup?

24.06
Byen [PL]
Ilya [GB]

25.06
Coldair [PL]
 Odd Hugo [EE]
 Eivør [FO]
Ane Brun [NO]

26.06 
Giant Sand [USA]
Mammút [IS]
Wilco [USA]


Słowem - jest w czym wybierać :)

Mat. organizatora

Halfway Festival 2016 śledzić można na stronie internetowej, profilu Facebook oraz instagramie, natomiast namiary na moje profile w mediach społecznościowych to: FB & instagram. Podejrzewam, że będzie można tam znaleźć parę zdjęć i opowieści ;)

Rok temu pisałem: Jeśli ktoś nadal zastanawia się, czy jechać - odpowiadam w ciemno: koniecznie! To będzie niesamowita uczta zarówno dla oka, ucha jak i duszy, to będzie jeden z tych weekendów, którego z pewnością nie zapomni się do końca życia. Widzimy się, do zobaczenia! 
Z pełną świadomością kopiuję tamte słowa, bo wiem, że w tym roku ostatni weekend czerwca będzie co najmniej tak samo magiczny, jak wtedy. Do zobaczenia, hej!

piątek, 29 kwietnia 2016

Dave Matthews Band - 18 lat albumu Before These Crowded Streets

Rok 1997 był nietypowy dla zespołu Dave Matthews Band. Coroczna letnia trasa koncertowa zakończyła się wówczas bardzo szybko, bo już 11 lipca, i poza jednym akustycznym koncertem Dave'a i Tima Reynoldsa, który odbył się dwa dni później, muzycy dali sobie spokój z występami na żywo i skupili się na pracy w studio. Zanim jednak do tego doszło, 28 października ukazał się ich pierwszy album live zatytułowany Live at Red Rocks 8.15.1995, będący do dziś jedną z najlepszych płyt koncertowych DMB. 
Producentem nadchodzącego albumu ponownie został Steve Lillywhite, który współpracował z zespołem przy poprzednich płytach: Under The Table And Dreaming z 1994 r. oraz Crash z 1996 r. 


Początkowo band pracował w Sausalito w stanie Kalifornia, gdzie w The Plant Studio zarejestrowano dwa utwory: Rapunzel oraz MacHead, a od nowego roku muzycy urzędowali już w Electric Lady Studios w Nowym Jorku. Tam pracowali nad następującymi piosenkami:

Pantala Naga Pampa
Funk in 5
Egyptian / Black and White
Drop D
Stay (Wasting Time)
Halloween
Chim Chimmney
Crush
Stefan's 7 / Groove in 7
Pig 
Spoon
-----
Help Myself
Get In Line
Don't Burn The Pig
Captain
#40
MacHead

O ile nie zaskakuje pierwsza część listy, bo ostatecznie te utwory trafiły na nowy album, choć pod zupełnie innymi tytułami, tak dla pozostałych zabrakło już miejsca: 

Help Myself zostało nagrane podczas tych sesji studyjnych i zostało wykorzystane do ścieżki dźwiękowej filmu Krzyk 2. Utwór ten jest sporadycznie prezentowany live.
Get In Line został zagrany jedynie 26 razy, tylko podczas jesienno-zimowej trasy 1994. Powrócono do niego podczas sesji do albumu Crash, jednak nie ujęto go na tej płycie.
Don't Burn The Pig, zagrany łącznie tylko 9 razy, był utworem granym głownie przez Dave'a solo lub przez Dave'a i Tima w latach 1995-1997; podczas sesji był inspiracją i punktem wyjścia do utworu Pig.
Captain, niewielki numer prezentowany przez duet Dave & Tim w roku 1997, ostatecznie znalazł się na albumie studyjnym Busted Stuff z 2002 r., do dziś pozostaje jednym z najrzadziej prezentowanych utworów na żywo.
#40, grany głównie przez Dave'a solo jako dosłownie kilka dźwięków, z zawsze zmieniającym się tekstem, tylko 25 razy zaprezentowany w całości.
MacHead... tajemnicza kompozycja, która nigdy nie ujrzała światła dziennego, choć istnieją zapisy świadków, którzy mieli przyjemność jej odsłuchać. Opowiem o niej innym razem.

Dave Matthews Band podeszli do tematu nowego albumu nieco inaczej, niż do poprzednich dokonań studyjnych. Wcześniej po prostu nagrywali w większości gotowe już i znane z wieloletnich występów piosenki, tym razem mieli zmierzyć się niemal z zupełnie nowym materiałem, co wyzwoliło u muzyków niesamowitą kreatywność. Członkowie bandu spędzali długie godziny na jam sessions, nie ustalali żadnych ram oraz hamulców: wszystkie muzyczne eksperymenty były niezwykle spójne i świeże. Zupełną nowością było zaproszenie do współpracy tak wielu  różnorodnych gości: Johna D'Earth (trąbka), Bela Fleck (banjo), Grega Howarda (Chapman stick), Kronos Quartet (kwartet smyczkowy), Tim Reynolds (gitara elektryczna, banjo), Butch Taylor (instrumenty klawiszowe) czy w końcu Alanis Morissette (wokal). Jak takie podejście: jam sessions + mnogość gości + różnorodność instrumentów miało się do poprzednich metod pracy w studio DMB?

Muzycy całkowicie odeszli od znanego z wcześniejszych płyt akustycznego grania, folkowych dźwięków oraz bluesowo-rockowych klimatów. Nowy album w ogromnych ilościach czerpał z jazzu i fusion jazzu, progresywnego i alternatywnego rocka oraz afrykańskich i wschodnich klimatów. To już nie były stosunkowo proste piosenki o typowej budowie, utwory zawarte na nowej płycie są potężne, długie, skomplikowane, a jednocześnie nadal rytmiczne i szybko wpadające w ucho. Obecność dodatkowych muzyków nadała im głębi do tego stopnia, że DMB nie brzmieli jak... DMB. Doszło do tego, że początkowo fani byli wręcz niezadowoleni z tej płyty, jednak to była tylko kwestia czasu. Krótkiego czasu...


28 kwietnia światło dzienne ujrzał album Before These Crowded Streets (tytuł zaczerpnięty z utworu The Dreaming Tree): przepiękna okładka, utrzymana w klimacie książeczka z fotosami, ponad 70 minut muzyki i 11 utworów. 10, jeśli odejmiemy trwający jedyne 40 sekund...

1. Pantala Naga Pampa: oparty na starym outro do Jimi Thing, granym głównie przez Dave'a i Tima, zatytułowanym What Will Become of Me, które po wydaniu BTCS zyskało dodatkowy tekst, wyjęty z PNP: "Come and relax now, put your troubles down / No need to bear the weight of your worries, just let them all fall away". Koncertowo PNP przechodzi płynnie w utwór Rapunzel, jednak jeden jedyny raz, 8.10.2010 r., muzycy zrobili wyjątek i zagrali po nim Grey Street.

2. Rapunzel: jego początki sięgają koncertu z 29.10.1994 r., kiedy DMB zagrali ponad 8-minutowy improwizowany, pozbawiony słów, jam nazwany Funk in 5. Cztery lata później jam otrzymał słowa oraz inspirowany nimi tytuł. Numer ten charakteryzuje nietypowe metrum: 5/4 dla intro, 4/4 dla zwrotki oraz 6/4 i 6/8 dla przejścia. Rapunzel jest jednym z najczęściej granych na żywo utworów. Wersja studyjna zawiera w tle rozmowę telefoniczną saksofonisty LeRoia Moore'a z niejakim Gregiem, po czym płynnie przechodzi w...


3. The Last Stop: inspirowany muzyką Wschodu, zawiera mocny przekaz liryczny, charakteryzuje się silnym, głębokim głosem Matthewsa, a w tle uzupełniają się banjo i gitara elektryczna. Co ciekawe, repryza The Last Stop jest ukrytym utworem zamykającym album. W wykonaniu duetu Dave & Tim można było usłyszeć go jedynie dwa razy.

4. Don't Drink The Water: oparty na piosence Leave Me Praying wykonywanej głównie w 1997 r., dotyczy problemu apartheidu w Południowej Afryce oraz prześladowań rdzennych Amerykanów. To pierwszy utwór, w którym wokalnie udziela się Alanis Morissette, pierwszy singiel z BTCS, a także pierwsza piosenka, po której usłyszeć można jeden z kilku mini-przerywników zamieszczonych na płycie.


5. Stay (Wasting Time): drugi singiel z BTCS, utrzymany w klimacie gospel. Wokalnie wspomagają zespół The Lovely Ladies, a ponadto można usłyszeć w nim fragment utworu I Wish It Would Rain grupy Temptations. Jeden z najpopularniejszych i najczęściej granych piosenek DMB.

 

6. Halloween: drugi utwór poświęcony ex-dziewczynie Matthewsa, Julii Grey, która trzykrotnie odrzucała oświadczyny Dave'a. Pełen obraźliwych słów (stąd brak oficjalnego tekstu w książeczce płyty), nawet nie wyśpiewany a wykrzyczany ze złością, a napięcie podkreśla obecność sekcji smyczków, wokal Alanis Morissette oraz mrożące krew w żyłach operowe outro, które płynnie przechodzi w...

7. The Stone: przepiękny, epicki utwór, interpretowany na wiele sposobów (chociażby jako rozmyślania Judasza tuż po zdradzeniu Jezusa), z tekstem o niesamowitej sile. Jeden z najbardziej ulubionych kawałków live, zazwyczaj zawiera outro Can't Help Falling In Love.

8. Crush: jeden z najpiękniejszych utworów miłosnych w historii muzyki, fenomenalne solówki, które przerodziły się we wspaniałe improwizacje na żywo, nadając temu ośmiominutowemu, utrzymanemu w jazzowym klimacie, numerowi jeszcze więcej mocy. Najdłuższa wersja live trwa ponad 18 minut. To także trzeci singiel z płyty, do którego powstało wspaniałe video, niestety wydane w skróconej wersji.



9. The Dreaming Tree: charakteryzująca się metrum 7/4 epicka, prawie dziewięciominutowa kompozycja, w niepokojących słowach porównująca świat z przeszłości z tym obecnym. Dave bardzo często improwizuje słowa podczas występów live, a następujące w późniejszej części utworu solówki to wisienka na torcie. Każda wersja The Dreaming Tree zagrana na żywo brzmi inaczej. Najdłuższe wykonanie trwa ponad 19 minut.

10. Pig: zaczerpnięte z wcześniejszego Don't Burn The Pig, afirmacja miłości i chwytania chwili oraz korzystania z życia.

11. Spoon: opowieść o ostatnich chwilach ukrzyżowanego Jezusa. Podczas tworzenia tego utworu Matthews inspirował się kompozycją Petera Gabriela pt. Passion. Spokojny charakter Spoon powoli przechodzi w nakładające się na siebie, wybrzmiewające z coraz większą mocą instrumenty, a całości dopełnia przepiękny wokal Alanis Morissette. Spoon jest jednym z najrzadziej prezentowanych numerów na żywo, ale każde jego wykonanie to wielkie wydarzenie. 


Before These Crowded Streets w pierwszym tygodniu sprzedało się w 421 tys. egzemplarzy i debiutowało na 1. miejscu listy Billboard, detronizując soundtrack do filmu Titanic. Do dziś pozostaje jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym albumem Dave Matthews Band, który - mimo 18 lat na karku - nie zestarzał się ani trochę. Podczas koncertów to właśnie na utwory z BTCS fani czekają najbardziej. Choć nigdy nie został uznany za album koncepcyjny, sądzę, że zawiera w sobie jego elementy, jednak najlepiej przekonać się o tym samemu. Polecam odsłuch przy zgaszonym świetle, w spokoju, sam na sam z płytą, w słuchawkach. Wtedy najlepiej będzie można przeżyć to, co miało miejsce przed tymi zatłoczonymi ulicami...

PS. Więcej o pracy nad albumem można znaleźć TU.

wtorek, 19 kwietnia 2016

10 pytań do... #9

Dokładnie tydzień temu wystąpił w Olsztynie z, jak sam powiedział, jedną z najlepszych antylop w swej karierze, a dziś możemy poznać kilka związanych z nim ciekawostek. Niewielkich, bo najwyraźniej podszedł niezwykle poważnie do mojego: "Hej, podrzucam zestaw pytań. Może być dłużej, może być krócej." :)
Panie i Panowie, jedyny i niepowtarzalny: CeZik!



1. Mój ulubiony film to...
"Bezdroża" (reż. Aleksander Payne).

2. Mój ulubiony utwór muzyczny to...
"Grace" Jeffa Buckleya.

3. Mój ulubiony artysta to...
Jeff Buckley.

4. Moje ulubione zajęcie to... 
Jazda samochodem.

5. Moje muzyczne marzenie to... 
Nagrać dobrą i wartościową płytę.

6. Chciałbym wystąpić z... 
Bobbym McFerrinem.

7. Chciałbym wystąpić w... 
Sali Kongresowej.

8. Gdybym mógł, cofnąłbym się w czasie do...
Swojego dzieciństwa i dał sobie kilka dobrych rad.

9. Przez jeden dzień chciałbym... 
Latać.

10. Podziwiam...
Bezmiar ludzkiej głupoty.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Wywiad: Patrick The Pan

 

"Jeśli trzeci album będzie wydany na CD, to będzie to coś na kształt edycji kolekcjonerskiej, ale chciałbym wycelować głównie w winyle."




O refleksjach związanych z koncertowaniem, wydawaniu płyt live, nowym albumie oraz muzyce rozmawiałem niedawno z Piotrem Madejem, znanym także jako Patrick The Pan.

Brodata Muzyka: Kiedy spytałem Cię ostatnio o Twoje muzyczne marzenie odpowiedziałeś: "rozwinąć projekt do dużej, rozpoznawalnej i uznanej rangi", ale ja odnoszę wrażenie, że to oznaczałoby przejście z alternatywy, w której jesteś, do mainstreamu, który ma nieco negatywny wydźwięk, a tkwiących tam artystów kojarzy się od razu z prostymi i przyjaznymi stacjom radiowym piosenkami. Czy byłbyś w stanie zapłacić tę cenę?

Patrick The Pan: Nie bez powodu odpowiedziałem w ten sposób, bo wtedy pytałeś o to, co mi się marzy, a nie o to, co jest moim celem. Co prawda większość moich marzeń jest moim celem, natomiast marzy mi się sytuacja, w której mógłbym osiągnąć pewien sukces bez kompromisów aranżacyjno-muzyczno-gatunkowych. Na chwilę obecną nie jestem jednak nastawiony na takie zmiany, które przesunęłyby mnie do mainstreamu, gdyż nie zgadzałoby się to z tym, jak myślę muzycznie, a cały sens tej zabawy polega na tym, by robić to, co się lubi i patrzeć jak to wszystko idzie do przodu. Liczę więc na to, że te marzenia kiedyś się spełnią, aczkolwiek żeby to się stało, wiele rzeczy musiałoby się zmienić, chociażby mentalność muzyczna w Polsce, bo najwięcej zależy tak naprawdę od odbiorcy.

BM: Wśród swych inspiracji wymieniasz Radiohead, Myslovitz, Artura Rojka czy Lenny Valentino, za to ja w utworach z Twej pierwszej płyty - "Exiles Always Come Back" i "Finally We're One" - słyszę dużo Sigur Rós czy Jonsiego. Nie mylę się?

PTP: Nie. Ale należy podkreślić, że artyści jak Radiohead czy Sigur Rós są tylko wierzchołkiem góry lodowej moich inspiracji i to nie jest tak, że słucham w kółko tylko ich płyt i potem tworzę. Utwory, o których mówisz, są z pierwszej płyty, a ta powstawała w mojej głowie około 7 lat. W tym czasie przemieliłem naprawdę tony płyt z przeróżnych zakątków gatunkowych i to słychać. Prawda jest taka, że obie płyty PTP to moje, swoistego rodzaju, pamiętniki muzyczne.  W "Exiles…" słyszysz Sigur Rós, kiedy pisałem piosenkę "P.O.V." słuchałem namiętnie Damiena Jurado, "Warm Gold" to trochę puszczenie oka do Radiohead, "Space 1961" z drugiej płyty to odniesienie do zespołu Air; no mógłbym tak bez końca. Każdy zatem utwór to osobna historia i też przede wszystkim inny okres mojego życia. A te inspiracje Rojkiem i wszystkimi jego projektami to trochę zabawne zjawisko, bo ja wcale nie wymieniam tych projektów wśród moich pierwszorzędnych inspiracji. Słuchałem tego będąc nastolatkiem, ale to wszystko. Nie słuchałem Myslovitz ani Lenny Valentino od wielu lat, dosłownie. Ta muzyka się bardzo zestarzała dla mnie i nie przynosi mi takich emocji jak kiedyś. Słuchacze to sobie dopowiadają, wręcz trochę podprogowo generuje im się myśl, że "Patrick to bardzo Rojka lubi", bo mamy podobne głosy i sposób śpiewania, ale ja tego nie robię specjalnie, to są biologiczne aspekty, których się nie wybiera. Żeby nie było: nie mam nic do Artura i jego muzyki, ale ta kwestia inspirowania się jego wszelaką twórczością, jest bardzo przeterminowana.

BM: Zdarzało Ci się występować zarówno przed dużą publicznością, np. na festiwalu Open'er, OFFie, czy na Olsztyn Green Festival, natomiast dziś rozmawiamy po ostatnim koncercie dość krótkiej trasy. Na pewno są plusy i minusy dużych i małych występów. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Jak Ci się grało podczas ostatnich, niewielkich przystanków?

PTP: Trasa, którą dziś skończyliśmy, nauczyła mnie jednej ważnej rzeczy: da się zagrać bardzo dobry koncert i zejść ze sceny zadowolonym, przy niedostatecznej frekwencji, ale to wymaga pewnej pracy i odpowiedniego nastawienia. Może brzmi to banalnie, ale trzeba to sobie uświadomić. Na każdym przystanku, poza Elblągiem, były pewne problemy z frekwencją. Publiczność oczywiście była, ale nie w takiej ilości, jaka by zadowoliła zarówno nas i menadżera, jak i organizatorów. W takich momentach dochodzi się do sytuacji, w której dosyć trudno nastawić się pozytywnie do występu, jeśli wiesz, że publiczność nie jest tak liczna, jakbyś tego sobie życzył. A zawsze powtarzałem, że to przede wszystkim publiczność i jej odbiór decyduje dla mnie o tym, czy koncert był udany. W Toruniu, kiedy graliśmy w dużym klubie dla ok trzydziestu osób, myśleliśmy: "będzie co ma być", ale tymczasem po występie byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni, zadowoleni i  nakręceni. Chyba nie przegnę, jeśli powiem, że ten brak ciśnienia, że gramy dla tłumów, sprawił, że zaczęliśmy się trochę bawić tą muzyką, odnajdywać materiał i siebie na nowo. Podobnie dzień później w Gdańsku. I takie dwa koncerty dla mniejszych publiczności spowodowały, że wczoraj w Elblągu, gdzie wszystko się zgadzało: energia i ludzie, daliśmy jeden z najlepszych koncertów w historii projektu i to było niesamowite. Podsumowując: kop w tyłek własnego ego potrafi być zaskakująco przyjemny. 


BM: Pozostańmy jeszcze chwilę przy koncertach. Wydaje mi się, że w Polsce nadal wydaje się mało płyt koncertowych i kiedyś spotkałem się ze stwierdzeniem, że takie albumy są oznaką lenistwa artysty i odcinania przez niego kuponów. Czy wydawanie płyt koncertowych w naszym kraju ma sens? Co o tym sądzisz?

PTP: Reedycja mojego pierwszego albumu wydana przez KAYAX zawiera DVD z moim występem nagranym w Małopolskim Ogrodzie Sztuki w Krakowie. Jak na ten projekt, była to duża produkcja: instrumentarium rozszerzone o kwartet smyczkowy i wibrafon, do tego były wizualizacje, specjalne światła. No pompa. Z perspektywy czasu trochę żałuję, że zdecydowałem się to wydać, ale tylko ze względów muzycznej jakości. Nie można wydawać płyty koncertowej półtorej roku po debiutanckiej płycie, nie będąc przy tym czynnym muzykiem od dziecka. Nie mogę tego słuchać. Miała być pamiątka a jest koszmarek. Dlaczego go więc wydałem? Wtedy, czyli dwa lata temu, to był pierwszy rok moich występów. I jeśli 9 miesięcy po premierze debiutanckiej płyty przychodzą ludzie, którzy mówią: "Piotr, zróbmy Ci koncert w wielkiej sali, z wizualkami, smyczkami, mappingiem" a trzy miesiące później przychodzi Kayax i mówi: "Piotr, dołącz do nas, wydajmy to", to takich rzeczy sie po prostu nie odmawia. A czy opłaca się wydawać płyty live i czy to nie jest odcinanie kuponów? Jeśli koncert naprawdę jest wyjątkowy, niepowtarzalny, świetnie wyprodukowany, wyróżniający się np. zaskakującymi aranżacjami czy miejscem to czemu nie? Fani lubią takie rzeczy. Ale jak to widzi artysta? Odpowiem Ci za 10-20 lat, jak już będę po wszystkim, co można zrobić. Wtedy już może będę wiedzieć, czy to ma sens.

BM: Jakiś czas temu wspomniałeś, iż zima być może będzie dla Ciebie bardziej płodnym i twórczym okresem. Czy te przewidywania się spełniły?

PTP: Tak. Mam na chwilę obecną dwie, trzy piosenki, jeszcze nie są nagrane, ale kompozycyjnie gotowe. Dokańczam teksty i aranże. Jedną z nich chciałbym wypuścić jeszcze w pierwszej połowie roku, nie na zasadzie singla z nowej płyty, ale raczej jako swego rodzaju poczęstunek dla fanów, którzy właściwie od roku nie mieli okazji usłyszeć niczego nowego. Na horyzoncie zaś powoli zaczyna majaczyć cała płyta i przyznam, że tu zaskoczyłem sam siebie, bo zwykle moje piosenki długo dojrzewają i powstają i nie spodziewałem się, że niecały rok po premierze drugiej płyty zacznę tworzyć nowe utwory z takim entuzjazmem. Mówiąc krótko: coś się dzieje i strasznie jestem z tego powodu podekscytowany.

BM: Jakaś szansa na EPkę?

PTP: Nie, bo nie uznaję EPek. Będzie płyta i ewentualnie pojedyncze kawałki wrzucone do Sieci, ale nie planuję w najbliższej ani dalszej przyszłości wydać EPki, bo ich nie lubię i nie traktuję poważnie i ludzie chyba tez nie.

BM: A czy na albumie znajdzie się miejsce na jakiś gościnny występ?

PTP: Chciałbym, by do tego doszło i mam parę pomysłów na to, kogo zaprosić do współpracy, ale jest jeszcze za wcześnie, bym mógł zdradzić jakieś szczegóły, czy podjąć poważniejsze rozmowy.


BM: Wracając do reedycji - czy wydanie Twoich płyt na winylu wchodzi w grę?

PTP: Przyznam Ci się, że planuję, by trzecia płyta wyszła przede wszystkim na winylu. Płyty CD umierają i są to ich ostatnie chwile, więc wydawanie muzyki w ten sposób zaczyna tracić sens. Spada sprzedaż kompaktów, w nowych samochodach nie montuje się już odtwarzaczy CD, natomiast na chwilę obecną mamy kult winyla i jeśli ktoś zarabia na życie tworząc muzykę - musi zareagować na ten trend. Jeśli więc trzeci album będzie wydany na CD, to będzie to coś na kształt edycji kolekcjonerskiej, ale chciałbym wycelować głównie w winyle.

BM: Wiemy już o kolejnym albumie, a jak wyglądają inne Twoje plany na ten rok? Może jakieś poboczne projekty?

PTP: Chciałbym skupić się na nagraniu trzeciej płyty i skończyć tę pracę najpóźniej do końca roku tak, by wydać ją najpóźniej przyszłą wiosną. Niedługo wyjdzie płyta Further Away pt. „Post Love" przy której trochę pomagałem. Innych planów chwilowo brak.

BM: Zatem w pierwszej kolejności praca nad płytą, a potem już z górki: kolejne udane wywiady, koncerty i sukcesy. Czego Tobie i nam, słuchaczom, życzę. A na koniec: czego niedawno słuchał Patrick The Pan? Którego muzyka mógłby polecić czytelnikom?

Pierwszy z nich to Half Moon Run, których odkryłem niedawno a którymi jest bezgranicznie zachwycony. Świetny zespół o bardzo szerokim spektrum inspiracji i bardzo balansujący emocjami, czyli tak jak lubię. Drugi to Jordan Rakei, który na razie wydał tylko parę EPek, ale wszystkie mi bardzo dobrze robią. To taka zmysłowa elektronika romansująca z jazzem a ja bardzo lubię takie schadzki. Trzecim artystą jest duet Alva Noto + Ryuchi Sakamoto, których ostatnio regularnie słucham do snu. Noto to niemiecki twórca muzyki elektronicznej, który podchodzi do dźwięku, bardzo naukowo - dużo u niego szmerów, pisków, szumów i takiej laboratoryjnej elektroniki. Sakamoto to znany japoński pianista i kompozytor. Osobno nie przepadam ani za jednym ani za drugim, ale fuzja ich światów jest dla mnie niesamowicie pyszna i kojąca, szczególnie wieczorami. Czwarty artysta to  Szymon. Jego ostatnio słucham już mniej, ale myślę, że warto o nim wspomnieć z uwagi na ciekawy akcent polski. Szymon był młodym Polakiem, mieszkającym z rodziną w Australii. Użyłem słowa "był", gdyż po długoletniej walce z depresją popełnił samobójstwo. Dużo nagrywał do szuflady, co jego rodzina potajemnie "wykradała", jako że przez chorobę Szymon miał tendencję do kasowania ledwo skończonych piosenek. Po jego śmierci wszystko co udało się przechwycić zostało wydane (znalazł się nawet wydawca - Eloper music) i tak powstała piękna i wzruszająca płyta Tigersapp. Nie chciałbym jednak, żeby ta historia była głównym bodźcem do sięgnięcia po tego artystę - nawet gdyby wciąż żył materiał broniłby się sam. To jest po prostu śliczna, często zaskakująco pozytywna płyta ze smutną historią w tle. 

BM: I mimo, że ostatni akcent smutny, to niezwykle budujący. Dziękuję za rozmowę.
PTP: Dziękuję.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Brodate urodziny

4 kwietnia 2015. Sobota Wielkanocna. Po całodziennym znużeniu świąteczną atmosferą, kilogramach najlepszego sernika na świecie i litrach kawy wypitych podczas maratonów filmowych, dochodzę do wniosku, że należy działać.

Idea spisywania muzycznych przemyśleń, dzielenia się nimi, a także niejako "wejścia" do świata muzycznego narodziła się początkowo bardziej w głowie mojej bratowej, niż mej. Pewnego letniego dnia 2014 r., po kolejnej muzycznej opowieści, którą jej zaserwowałem, Ewa powiedziała: "Spotykamy się znowu, a Ty opowiadasz mi kolejną historię kolejnego zespołu; nie dość, że dla mnie wciągającą, to dla Ciebie ani trochę nie nużącą. Oczy Ci się świecą, wiesz? Powinieneś coś z tym zrobić, bo pewnie nie jestem jedyną osobą, która chętnie by ich wysłuchała. Gust muzyczny też masz fajny, dziel się nim! Działaj!".

Pomysł zakiełkował, jednak z różnych względów nie ruszyłem z nim do przodu. Potrzeba było dopiero najnudniejszych świąt świata, bym zrobił pierwszy krok. Bez konkretnej wizji, bez konkretnego pomysłu, z masą ogólników w głowie. Początkowo chyba faktycznie miał to być typowy blog, na łamach którego mógłbym zapisywać swoje przemyślenia oraz wspomnienia. No, może z lekką domieszką swego rodzaju muzycznej tablicy informacyjnej skupiającej się na wybranych olsztyńskich imprezach i promowaniu ciekawych wydarzeń w mieście. Po roku dochodzę do wniosku, że chyba nie dałbym rady napisać jeszcze bardziej niezachęcającego pierwszego posta :)

Szybko dotarło do mnie, że jeśli chcę dotrzeć do większej ilości odbiorców, muszę być aktywny również na innych platformach, stąd moja obecność na instagramie i Facebooku, jednak tu zastosowałem pewien - z punktu widzenia marketingu katastrofalny - zabieg. Nie chciałem epatować milionem zdjęć czy wpisów o tym, co właśnie zjadłem, co robię, a w najlepszym wypadku życzyć wszystkim dobrego dnia i dobrej nocy z selfie w tle. Postanowiłem powolutku robić swoje, bez sztucznego nabijania lajków i bicia piany bez powodu. Po raz kolejny w swoim życiu postawiłem nie na ilość, a na jakość, licząc, że ta pewna jakość i normalność, a nie parcie na szkło, będą moją wizytówką. Czy ta idea wypaliła? Cóż...

Rozmawiałem jakiś czas temu z pewną osobą, dość dobrze znaną w kręgach olsztyńskiej i lokalnej kultury. Usłyszałem wtedy: "Pewnego dnia byłem na koncercie, a potem trafiłem w Sieci na Twoje zdjęcia i zastanowiłem się - kto wtedy był wśród publiczności. Później skojarzyłem Ciebie, a kiedy sytuacja powtórzyła się podczas następnej imprezy i znów w oko wpadła mi ta dziwna nazwa użytkownika - prawie nie miałem wątpliwości, jednak w międzyczasie ciągle zastanawiałem się kim jest ten nowy, tajemniczy ktoś na naszym podwórku. Ktoś, kto w czwartek jest na koncercie w Olsztynie, w piątek i sobotę na warszawskim Orange, a w niedzielę znów stoi pod sceną u nas. Teraz już wiem.". Podobna akcja zdarzyła mi się jeszcze parę razy, kiedy ktoś nagle, z mniejszą lub większą niepewnością zagadywał nieśmiało: "Eeeeeej, a to nie Ty jesteś przypadkiem tym gościem od bloga? Przybij piątkę!" Nie jestem łasy na pochwały i nie jestem pierwszy do świateł reflektorów, jednak nie będę ukrywał, że takie spotkania były i są budujące. Fajna jest świadomość, że ktoś lubi to, co robisz, niezależnie od tego, co to jest. Jeszcze fajniejsze jest to, że pracujesz zgodnie ze swoją ideą, jesteś niemal anonimowy, a mimo to trafiasz do pewnej grupy odbiorców, której nie przeszkadza fakt, że nie wiedzą tego, kto siedzi po drugiej stronie. Ich interesuje przekaz i treść, a nie śniadaniowe selfie. Cieszę się, że znaleźli u mnie swoje miejsce. Cieszę się również, że z każdym dniem jest tych osób więcej. Możecie mi wierzyć - zerkam dokładnie na każdego kolejnego facebook'owego i instagramowego fana, jego preferencje muzyczne, zdjęcia i miejsce zamieszkania, bo każdy z nich to oddzielna historia. Zresztą - kilkukrotnie okazało się, że razem, choć nieświadomie, uczestniczyliśmy w tych samych koncertach. Jak pisałem wielokrotnie - muzyka zbliża ;)


Nawet nie zauważyłem, kiedy Brodatej stuknęło pół roku, a od tamtego czasu udało mi się odhaczyć kilka kolejnych, czasem niespodziewanych, punktów, np. zaproszenie do Radia UWM FM na nieregularne rozmowy o muzyce, parę koncertów, po których słyszałem: "jesteś u nas na stałej liście gości", cytowanie moich wpisów w mediach czy chyba największy sukces strony - patronat nad jedną z najpiękniejszych płyt, jakie słyszałem, czyli debiutanckim albumem Further Away pt. "Post Love", który doszedł do skutku głównie dlatego, że pewnego dnia, podczas koncertu, spotkało się dwóch pasjonatów - artysta i słuchacz. To wystarczyło. Moim zaś największym sukcesem jest poznanie - zarówno w realu jak i w Sieci - wielu niesamowitych osób, również zarażonych miłością do muzyki. Z niektórymi prowadzę regularne rozmowy, z innymi pewnie dopiero będę je prowadził, jeszcze z innymi spotkałem się i pewnie spotkam na żywo. To są fajne spotkania i fajne rozmowy, z których wiele wyciągam i jeszcze więcej się uczę. Dziękuję wszystkim Wam i każdemu z osobna!

Oczywiście nie można zapomnieć o koncertach. Ciężko zliczyć ile ich było przez ten rok i może któregoś dnia spróbuję je podsumować, jednak na pewno nigdy nie zapomnę tych najlepszych: kwietniowego The Cinematic Orchestra w Gdańsku, czerwcowego Halfway Festivalu w Białymstoku, październikowego koncertu Leskiego w Olsztynie i marcowego występu Glena Hansarda w Warszawie. Dla przeżytych tam chwil warto było niedosypiać, walczyć ze zmęczeniem i setkami kilometrów. W tym roku również planuję kilka koncertowych wyskoków, więc pewnie jeszcze wspomnę o niektórych z nich :)

A co poza tym? Mam w zanadrzu parę planów, w tym jeden naprawdę dużego kalibru, ale poza tym po prostu będzie spontanicznie i do przodu. Rok temu nie planowałem niczego, pół roku temu w sumie też, może teraz również nadal będę robił swoje, w zgodzie z samym sobą, a o resztę zadba los i życzliwi oraz pełni pasji ludzie? Pożyjemy - zobaczymy. Mam nadzieję, że za rok spotkamy się tu w jeszcze większym składzie, przeżyjemy jeszcze więcej rozmów i spotkań, a także - na co liczę najbardziej - wszyscy będziemy mieli więcej wspólnych wspomnień, bo tak naprawdę jestem tu zarówno dla siebie, ale przede wszystkim dla Was.

Pozwolę sobie zakończyć ten wpis cytatem, który wypatrzyłem na jednym z instagramowych profili i który stale motywuje mnie do działania: Życie bez pasji jest jak bycie martwym.
Moi Drodzy: miejcie pasje i nie pozwólcie, by cokolwiek stanęło na drodze ich realizowania! A jeśli czegoś chcecie, po prostu po to sięgnijcie i to róbcie. Żyje się tylko raz!

Wszystkiego Najlepszego, Kochani, raz jeszcze dziękuję za wszystko. Jesteście Najlepsi!