Etykiety

brodatamuzyka Olsztyn koncert album muzyka wydarzenie koncerty Dave Matthews Band impreza płyta miasto wspomnienia Andergrant piosenka 10 pytań DMB Klub Amnezja Nowy Andergrant wydarzenia blog rock weekend Halfway Festival Dave Matthews TBT broda recenzja sobota instagram odliczanie piosenki festiwal płyty utwór Białystok alternative utwory Gdańsk Green Festival Klub OIOM Nextpop albumy folk podsumowanie setlista BOKKA Bydgoszcz CD Everyday Further Away Qźnia Rebeka Sarmata Pub We Draw A album od środka historia jazz opening set singer songwriter unboxing youtube Big Whiskey And The GrooGrux King Henry David's Gun Kamp! Kari Mikromusic Patrick the Pan Warszawa czwartek party przegląd studio wycieczka wywiad Daniel Bloom EP Fismoll Giżycko Glen Hansard Kari Amirian Leski Magia Oly. Oxford Drama Steve Lillywhite The Cinematic Orchestra The Lillywhite Sessions Tim Reynolds Ukiel funk soundcloud Ania Dąbrowska Arte Baasch Berlin Bracia Soprano Brennnessel Busted Stuff DFP DJ Dimitri From Paris Glen Ballard Kortez Kubaterra Kętrzyn Lao Che Leroi Moore Life on Stage Milky Wishlake Moose The Tramp Ostróda Pan Trup Pink Floyd Polska Sasha Boole Sigur Ros Smolik Spare Bricks The Dumplings Tides From Nebula ambient amfiteatr blues chillout disco electro indie nu-jazz pop punk rocznica slow life music festival synthpop 150 18 Steps 2005 2015 2016 Agata Karczewska Amsterdam Angel Olsen Anita Lipnicka AppleMint Art of Illusion At Glade Aurelia Luśnia Australia Austria Away From The World B90 BOHURT Before These Crowded Streets Bezsensu Blaze Bayley Borówka Box of Feathers Cass McCombs Cate Le Bon CeZik Christine Owman Christopher McCandless Coals Corruption Crash Curly Heads Dawid Podsiadło Depeche Mode Dublin East of my Youth Eddie Vedder Elbląg Enej Ergo Arena Etna Kontrabande Ewa Eyewash Fade Out Fink Fisz Emade Francja Fryderyki GEDZ Gosia Dryjańska Hitano Holandia Home Ibiza Indonezja Into the Wild Irlandia Islandia Izrael Jakub Bugała Jarre Jean Michel Jarre Jeff Coffin Jonasz i Kevin Juana Molina Julia Marcell Julia Vikman Band Justin Timberlake Justyna Święs Karlla Kev Fox King Klub Parlament Koffin Kats Kolonia Kortowiada Kortowo Kozak System Kraków Krzta Krzysztof Zalewski Kuba Dobrowolski Kuba Karaś Labai Laura Palmer Cover Story Lighthouse Little White Lies Live Trax Low Roar Lublin Ma Fleur Madonna Makowiecki Marcin Mrówka Maria Peszek Mariusz Antas Markéta Irglová Mary Komasa Mateusz Fanczak Mazury Mesajah Messa Michał Głos Mick Jagger Moizm Moriah Woods My Different Side Naju Natalia Przybysz Negură Bunget Niemcy Nirvana Nive Nielsen Northern Plague Nowa Lubelska Muzyka Nu-Nation OGF OLA Obscure Sphinx Olafur Arnalds Olsztyńskie Lato Artystyczne Once Original Boardwalk Style Ost Front Ostrów Wielkopolski PJ20 Panzer Park Sowińskiego Paryż Paul McCartney Pearl Jam Peter J. Birch Phish Po Godzinach Portugalia Przestrzeń Wolności Ptak Rafał Gorzycki Trio Rashawn Ross Rasmentalism Remedium Revolver Rock Cafe Riverside Robert Amirian Robert Kasprzycki Rolling Rysy SOM BRASIL SOR Samograj Sean Penn Sharon Van Etten The Antlers She Keeps Bees Shuma Sister Wood Skubas Solidarność Stand Up Starsabout Stephen Harris Sticky Fingers Stones Sublim Summerends Sztokholm Szwecja TAU TCO TEDE TFN Taco Hemingway Tatarak Music Festival The Beatles The Doctors The Prodigy The Swell Season The Veils The Winds Tom Morello Tomasz Stańko Torres Trey Anastasio Trey Anastasio Band U2 Voo Voo Warmia Wicled Heads Wiedeń William Fitzsimmons Wounds and Bruises XXANAXX Zielona Góra Zoe bandcamp bilety bogowie boiler room britpop chill czerwiec downtempo facebook film fusion impreza miasto jam kawa klawisze klubogaleria król lato lounge mechanicy shanty mixtape moments nic pasja playlista plaża miejska początek podróże postrock powstanie warszawskie psychodelia rok shanty sierpień singiel soundtrack stocznia suplement szanty triphop urodziny wszystko wyjazdy Łydka Grubasa

niedziela, 9 lipca 2017

Halfway Festival 2017 - magia inna niż zwykle

Trzeci Halfway Festival za mną.

W przeciwieństwie do poprzedniej edycji, tym razem nie pojechałem do Białegostoku sam. Dzielnie dotrzymywała mi kroku W., dla której był to debiut na HF i – poza samym festiwalem – bardzo ciekawiło mnie, co ona – osoba, dla której muzyka alternatywna i songwriterska nie jest tak bliska, jak dla mnie – powie o białostockim wydarzeniu. I powiedziała, ale link do jej relacji znajdzie się na końcu mego wpisu, w peesie.


Ze względu na inne rozumienie kultury przez osoby zarządzające miejskimi finansami tegoroczny Halfway odbył się w innej formie. Z trzech dni został skrócony do dwóch (sobota i niedziela), niemniej piątek stanowił swego rodzaju „rozgrzewkę” przed właściwą częścią festiwalu. Poza wystawami fotografii Igi Drobisz oraz plakatów Andrzeja Wieteski, tego dnia w budynku Opery i Filharmonii Opery Podlaskiej zaprezentowały się trzy grupy. Pierwszy, białostocki Starsabout, prezentujący połączenie bardziej marzycielskiej wersji rocka progresywnego i alternatywy, podbił serca publiczności. Panowie są w przeddzień wydania swojej drugiej płyty i życzę im, by Halfway był dla nich początkiem wielkiej kariery, gdyż dawno nie słyszałem tak dobrego, polskiego grania i warto się tym graniem podzielić z innymi. Po nich na scenie pojawiła się Christine Owman z zespołem i ten występ stanowił zupełny kontrast do Starsabout. Lekkie, spokojne, przeciągnięte kompozycje zostały nagle zastąpione przez potężne, psychodeliczne i ostre dźwięki, tak bardzo podkreślone przez główny instrument artystki, czyli wiolonczelę. Całość uzupełniały klimatyczne wizualizacje oraz znakomita gra świateł. Po raz kolejny przekonałem się, że skandynawska muzyka to najczęściej albo delikatne, intymne dźwięki, albo właśnie takie czołgi, rozrabiające na scenie tak, jak ten prowadzony przez Christine Owman. Znamienne było również to, że artystka kilkukrotnie podkreślała, iż chętnie przyjedzie ponownie do Polski, pod warunkiem, iż… ktoś ją zaprosi. I to była pierwsza „duża” myśl, która została mi w głowie po tym dniu. Halfway Fanday został zamknięty przez występ białoruskiej Shumy, prezentującej mieszankę starych pieśni oraz współczesnej elektroniki. Mimo, iż całość prezentowała się dość ciekawie pod względem wizualnym, to nie urzekła jakoś specjalnie ani mnie ani W., w związku z czym obraliśmy kierunek pt. spanie.

Starsabout
Christine Owman
Shuma

W sobotę ominęło mnie spotkanie z pochodzącą z Mauritiusa Emlyn (podobno było świetnie!), natomiast załapałem się na dyskusję o podlaskim slow life, która może nie zmieniła mojego osobistego slow-life’owego podejścia, ale dwa-trzy ciekawe wnioski z niej wyniosłem i powolnym krokiem skierowałem się w stronę Opery.


Teren festiwalu, jak zwykle kolorowy i pełen zieleni, z roku na rok coraz bardziej oplatającej budynki i amfiteatr, skupił wiele (choć w przypadku HF to słowo jest dyskusyjne) osób zażywających relaksu na leżakach i trawie, zajmujących miejsca i oczekujących na otwarcie festiwalu, w tym roku z lineupem „wypełnionym” głównie kobietami. Otwarcia dokonała młoda Agata Karczewska, która występując samotnie z gitarą miała przed sobą trudne zadanie i mimo, że udało jej się mu sprostać, to mnie nie kupiła ani trochę i uważniej posłuchałem chyba tylko dwóch numerów, przy czym ten drugi służył mi już bardziej jako soundtrack do robienia zdjęć, a cała reszta setu zlała mi się w jeden i ten sam utwór. Karczewska prezentuje miks folku, country i muzyki songwriterskiej, ale wg mnie w żaden sposób nie potrafi sprzedać ani swojej muzyki ani siebie. Odniosłem wrażenie, że niewielki amfiteatrzyk został wypełniony ego tej drobnej dziewczyny, wcale nie pomagały jej rzucane pod nosem komentarze, a gwoździem do trumny było „na bis zagram ten i ten numer, bo nienawidzę go najmniej z ich wszystkich. Aha, jeśli ktoś chce kupić moją EPkę (z muzyką, której nienawidzę – dopisek mój), to zapraszam po koncercie”. Może się czepiam, choć akurat nie byłem sam w tej opinii. Jeśli to jest jej sposób na karierę, to życzę powodzenia. Mnie nie urzekła i nie polecam.
Polecam za to Cate Le Bon z Walii. Artystka i jej zespół od razu poderwali publiczność, prezentując jeden z najdziwniejszych setów podczas tegorocznego Halfway Festival. Charyzmatyczna Le Bon rządziła na scenie, co rusz zaskakując nietypowymi, oryginalnymi kompozycjami, zbierając za nie burzę oklasków. Po niej zaś na scenę dziarsko wkroczyła Juana Molina z Argentyny, której muzykę można w sumie określić nieśmiałym „co to jest?!”. Surrealistyczne dźwięki, psychodeliczne rytmy, pomieszane harmonie, poplątane gatunki. Nic dziwnego, że awangardowa królowa zwróciła uwagę Davida Byrne’a z Talking Heads. Występ Moliny, mimo, iż nie do końca w moim guście, porwał publikę, a z różnych stron można było usłyszeć (zarówno wtedy, jak i drugiego dnia), iż był to najlepszy koncert Halfwaya, w związku z czym – twórczości tej artystki również warto poświęcić dłuższą chwilę. Może akurat Was urzeknie?

Agata Karczewska
Cate Le Bon
Juana Molina

Grubo po 22:00 na scenę weszła Mackenzie Scott, amerykańska singer-songwriterka, występująca jako Torres. Imię to było na ustach wszystkich na długo przed rozpoczęciem festiwalu, natomiast dla mnie to artystka zupełnie nieznana, a podczas przygotowań do wyjazdu i odsłuchu jej muzyki nie poczułem żadnego „wow”, jak miało to miejsce w przypadku innych formacji. I chyba tak też było na żywo, a może to efekt chłodnego wieczoru i lekkiego zawirowania w głowie po koncercie Moliny? Torres dwoiła się na scenie, publiczność z entuzjazmem przyjmowała jej występ, a ja ponownie odczuwałem, że wszystko zlewa się w jedność i dopiero pod koniec, kiedy z lekka monotonny głos zmienił się w krzyk, ciekawiej nadstawiłem ucha. Drugi raz miało to miejsce przy zamykającym bis, solowym wykonaniu utworu Proper Polish Welcome. Torres zeszła ze sceny i praktycznie od razu o niej zapomniałem, natomiast w głowie pojawiła mi się druga „duża” myśl: mimo, iż tego dnia stylistycznie było dość różnorodnie, tak nadmiar damskich głosów spowodował, że w moim mniemaniu wszystkim koncertom brakowało „tego czegoś”.
Wieczór został zamknięty przez nowozelandzką grupę The Veils, której lider i wokalista Finn Andrews nie oszczędzał się na scenie i z całych sił wykrzykiwał do mikrofonu teksty kolejnych utworów. Był to najmniej eksperymentalny i, paradoksalnie, alternatywny koncert dnia, bo w mym odczuciu to słowo w odniesieniu do The Veils oznacza tylko zgrabną szufladkę. Panowie (i pani) grają konkretnego rocka  i mimo, że nie zostałem do końca występu, to bawiłem się na nim świetnie.

Torres
The Veils

W niedzielę klasycznie już opuściłem kolejną dyskusję, natomiast załapałem się na część śniadania na trawie, będącego również znakomitą okazją do zapoznania się z lokalnymi produktami handmade czy kuchnią wegańską. Przy okazji w końcu udało mi się w końcu zwiedzić dach Opery i przyznam, że sam budynek oraz jego konstrukcja jeszcze bardziej zyskały w moich oczach. Wielkie pokłony dla jego projektanta oraz tego, który zezwolił na tę budowę. Oby tylko takie architektoniczne cudeńka powstawały na świecie!

Drugi dzień festiwalu zapoczątkował występ polskiego duetu Coals tworzącego fascynujące połączenie popu, folku i elektroniki. Mimo młodego stażu Kasia i Łukasz zagrali już na większości najważniejszych polskich festiwali, a udział w Halfwayu był nie tylko kolejnym punktem do wpisania w CV. Z otwarciem poradzili sobie zdecydowanie lepiej, niż ich koleżanka z poprzedniego dnia i mimo, że w ich występie brakowało mi nieco bardziej wyrazistych akcentów, to spisali się na medal, znakomicie przygotowując publiczność na ciąg dalszy dnia.
Bardzo krótkim, ale jakże energicznym setem „zaatakowały” wszystkich Islandki z East of my Youth! W przeciągu zaledwie pół godziny dwie panie podniosły niemal cały amfiteatr, śpiewając z publicznością i uśmiechając się przez cały występ. Było mniej alternatywnie, było mniej songwritersko, było mniej folkowo. W zasadzie było bardzo popowo i elektronicznie, ale w niczym nie przeszkodziło to, by zagrać na takim festiwalu, jakim jest Halfway. Fajnie byłoby usłyszeć panie na żywo raz jeszcze, bo nawet, jeśli ich muzyczny warsztat nie powalał na kolana, to pozytywną energią płynącą ze sceny mogły obdzielić wiele osób.

Coals
East of my Youth

„Tylko” poprawnie w moim odczuciu zaśpiewała pochodząca z Grenlandii Nive Nielsen z zespołem. Mająca w dorobku dwie płyty artystka zaprezentowała w Białymstoku przekrój twórczości, muzycznie wszystko się zgadzało, ale nie ujęło mnie na tyle, by uczestniczyć w tym koncercie, zatem skupiłem się na zajęciu miejsca na leżaku i łapaniu ostatnich tego dnia promieni słonecznych, jedynie nasłuchując dźwięków dochodzących zza murów amfiteatru.

Nive and The Deer Children

Tu nastąpiła dłuższa chwila przerwy, bowiem nad Białystok nadciągnęły czarne (dosłownie!) chmury i wszyscy oczekiwali na rozwój sytuacji. Koniec końców okazało się (a jakże!), że nawet nie ma opcji by przerwać festiwala i na scenie zaczęto instalować sprzęt grupy Cass McCombs Band. Uznany przez New York Times za jednego z najlepszych songwriterów naszych czasów McCombs nawet nie musiał udowadniać, iż to nie są słowa rzucone na wiatr. I mimo, iż przez cały koncert nie odezwał się praktycznie ani razu, a jego cały kontakt z publicznością ograniczył się do rzuconego pod nosem thanks, to w moim odczuciu był to najlepszy występ tegorocznego Halfwaya. Zespół zaserwował powrót do rockowych lat świetności, z niekończącymi się solówkami, improwizacjami i porcją solidnych tekstów. Nie wiem, kiedy to się stało, że ten koncert upłynął tak szybko… Zbyt szybko, dlatego będę polował na kolejne występy tej grupy, bo to, co zobaczyłem i usłyszałem w Białymstoku narobiło mi tylko smaku, ale ani trochę nie zaspokoiło apetytu.

Cass McCombs Band

Halfway Festival 2017 zamknęła Angel Olsen z zespołem. Uwagę przyciągał image wokalistki i jej zespołu, natomiast sam koncert – czy to ze względu na niesprzyjającą pogodę, czy na późną porę, nie wiem – odniosłem wrażenie, że nie poderwał publiczności. Owszem, zewsząd słychać było zarówno okrzyki jak i westchnięcia zachwytu, ale mimo solidnego przygotowania i zaprezentowania się artystów na scenie wg mnie w amfiteatrze brakowało tego czegoś. A może rozchorowana tego dnia songwriterka nie miała ochoty na „flirt” z publicznością? Zagrała, zaśpiewała, zażartowała kilka razy, ale w moim mniemaniu nie było w tym wszystkim chemii, jakby tylko przyjechała do pracy, co nie zmienia faktu, że mimo wymienionych tu uwag – był to bardzo udany występ. Po prostu nie rozłożył mnie na łopatki, co zdarzało się w przeszłości wielokrotnie.

Angel Olsen

Tak oto zakończył się tegoroczny Halfway Festival. Wydarzenie tak inne od reszty letnich festiwali. Tworzone przez ludzi z pasją, potrafiących zorganizować się mimo wybitnie niesprzyjających warunków, dla dosłownie kilkuset osób. Halfway to znakomita marka, świetnie promująca Białystok oraz okoliczne podmioty, takie jak knajpki, restauracje czy palarnię kawy. Okazuje się, że jeśli się chce i ma się głowę otwartą na pomysły, to można praktycznie wszystko. Można mieć u siebie świetnych fotografów, plakaty, festiwalowe gadżety, leżaki, można zorganizować niesamowitą świetlną tablicę, czy w końcu cieszący się ogromna popularnością stolik z kawą i łakociami (znakomity blok!) Nawet, jeśli tzw. ważni, rzucają co rusz pod nogi kłody. Swoją drogą: tym ważnym zaleca się mocne uderzenie głową, np. w ścianę, skoro nie widzą tego wszystkiego, co przynosi i daje Halfway.

W tym roku znów otaczała mnie magia, choć innego rodzaju, niż zwykle. Nie wiem, może nadal tkwi we mnie efekt uboczny ubiegłorocznej pracy przy organizacji imprez, może oglądanie koncertów od tej drugiej strony psuje mi ich radość, a może po prostu denerwuje mnie wokół coraz więcej rzeczy i nie potrafię skupić się na tym, co najważniejsze? Na szóstym Halfwayu bardziej urzekła mnie organizacja i podejście ludzi, a także kolejne, niekończące się rozmowy, niż sama muzyka (choć tu ostatnimi czasy jestem bardzo wybredny i trudno jest mnie zadowolić, więc na to również należy brać poprawkę), co nie zmienia faktu, iż był to najlepszy weekend bieżącego roku, a sam festiwal pozostaje najlepszym w kraju. Cudowny jest ten brak bananowej młodzieży, identycznych dziewczynek i chłopców z gołymi kostkami i z wiecznym telefonem w ręku, udających, że palą papieroski. Cudowna jest minimalna ilość aparatów i telefonów "na widoku". Cudowny jest zarówno entuzjazm, jak i cisza dobiegające z ław amfiteatru. Cudowne jest poznawanie nieznanych artystów, bo nawet, jeśli nie "podpasują" w 100%, to praktycznie z każdego z nich zostanie coś w środku na pamiątkę. Aż „strach” pomyśleć, co by było, gdyby w końcu udało się zrealizować wszystkie pomysły, w które odrobinę wtajemniczyli mnie organizatorzy. Liczę na to i trzymam kciuki tak samo mocno, jak mocno wyczekuję wymiany „dobrej zmiany” i powrotu do czasów okrutnych „układów i elit”. Tymczasem dziękuję Ci, Droga Ekipo Halfway Festivalu, za to, co i jak robisz. Dzięki Tobie co roku odwiedzam Białystok, poznaję jego zakątki i zabytki, a także ładuję baterie do dalszego działania oraz czerpię inspirację do pracy. Oby ta energia udzielała się również i Tobie. Mam nadzieję, że za rok spotkamy się w równie dobrych nastrojach. Termin w kalendarzu mam już zaznaczony.

PPS. Fotki z festiwalu można obejrzeć TU.

1 komentarz:

  1. Mega festiwal ! byliśmy ekipą na prawdę się udało, więcej takich powinni organizować. Na prawdę przegapić to grzech.

    OdpowiedzUsuń